Odcinek 3. Pierwsi Serbinowscy. Milas, Miron, Hriniec — i Jakub w Łysohorcach. Genealogia ma swoją ironię: nazwisko rodu po raz pierwszy trafia do ksiąg kancelarii królewskiej w chwili, gdy ci, którzy je nosili, już nie żyją. Jest koniec 1620 roku. Król Zygmunt III rozdaje swoim żołnierzom to, co przypadło mu po zmarłych. Księga Metryki Koronnej oznaczona numerem 166, karta 348. Pod datą 27 listopada wpisano nadanie dla Alberta Rozniatowskiego, „żołnierza naszego”, który — jak pisze kancelaria — „ma wobec Rzeczypospolitej licznymi wyprawami wojennymi poświadczone zasługi”. Król daje mu działy wsi Serbinowce w województwie podolskim, „po śmierci urodzonych Milasa, Mirona i Hrińca, Serbinowskich, na nasze rozporządzenie przypadłe”. Rok przy dokumencie nie jest wpisany, ale rodzinny sumariusz z XVIII wieku datuje to nadanie na rok 1620. To pierwszy raz, kiedy „Serbinowski” jest nazwiskiem konkretnych ludzi — nie nazwą wsi, nie zbiorczym określeniem rodu. Milas to Demetriusz zwany Milas z nadania 1613 roku, ten sam Miłasz Serbinowski, wódz polny z inwentarza 1607 roku. Miron to najpewniej jego syn. Hriniec — człowiek o imieniu, które w tej rodzinie powtarza się od pokoleń: Hryśko w 1557, Hryń w 1591. Jego miejsca w rodzinie nie znamy. Wiemy za to coś innego, bardzo ważnego: dokument mówi o „działach” wsi, w liczbie mnogiej. Serbinowce były podzielone na kilka części, trzymanych równolegle przez różnych ludzi. To tłumaczy wiele z tego, co wyglądało na sprzeczności. Jak zginęli? Dokument tego nie mówi. Ale kalendarz tego roku mówi dużo. Jesienią 1620 roku armia koronna została rozbita pod Cecorą; w odwrocie zginął hetman Żółkiewski — ten sam, który siedem lat wcześniej poświadczał przed królem zasługi Milasa. Za cofającym się wojskiem na Podole weszły czambuły tatarskie, a starostwo barskie leżało na ich drodze. Ludzie, którzy „na wojnę samowtór wyjeżdżali” u boku starosty, byli dokładnie tymi, którzy w takiej kampanii ginęli. Trzech dorosłych mężczyzn z jednej rodziny, martwych w jednym roku — to bardzo prawdopodobnie ofiary tej wojny. Ale powiedzmy wyraźnie: to hipoteza. Żaden akt nie podaje, jak umarli. Miesiąc później, 22 grudnia 1620 roku, w innej księdze, król nadaje całą wieś Serbinowce innemu żołnierzowi, Szymonowi Wrońskiemu. Fragment z imieniem zmarłego posiadacza jest trudny — skryba zostawił lukę, jakby sam nie był pewien. Przez lata czytano tam nazwisko „Bojarowski”, bo tego samego dnia sąsiednią wieś Krzywe nadano po śmierci niejakiego Piotra Szefera Bojarowskiego. Ale XIX-wieczna drukowana edycja tego dokumentu czyta inaczej: „po śmierci szlachetnego Miłasza, bojara”. Bojar — to nie nazwisko, to tytuł służby zamkowej. Zmarłym był więc znowu Milas, wódz polny, któremu w miejsce nazwiska wpisano rangę. Dwa nadania tej samej wsi w ciągu miesiąca, dla dwóch obcych ludzi. Czy Serbinowscy stracili wieś? Hruszewski odpowiada krótko: „Bez realizacji pozostało też nadanie Serbinowiec Wrońskiemu z 1620 roku, a Serbinowscy — prawdopodobnie to nazwisko przyjęli też potomkowie Miłasza — pozostają właścicielami Serbinowiec”. Nadania zostały na papierze. Dlaczego w ogóle je wystawiano? Tu wracamy do wątku z pierwszego odcinka. Starostowie barscy — już Marcin Herbort w 1557 roku, potem Jan Wyhowski w połowie XVII wieku — traktowali wsie drobnej szlachty w swoim starostwie jak własne i próbowali je przejmować. Rodziny odpowiadały tak, jak mogły: biegły do króla po nowy przywilej. Stąd tak gęsty łańcuch nazwisk przy Serbinowcach w ciągu kilkunastu lat: Golski w 1604, spadkobiercy Milasa w 1613, Siemoński w lustracji z 1616, Wroński i Rozniatowski w 1620. To nie są kolejni właściciele całej wsi. To ślady walki o jej części. A potem — cisza. Prawie piętnaście lat bez dokumentu. I wreszcie, 19 marca 1635 roku, w Warszawie, nazwisko pojawia się przy człowieku żywym. Król Władysław IV zezwala szlachcicowi Józefowi Łysohorskiemu, by odstąpił swoje dożywocie na części wsi Łysohorce w powiecie chmielnickim — cytuję — „na osobę szlachetnego Jakuba Serbinowskiego”, który ma ją trzymać „aż do ostatnich chwil swego życia” i płacić z niej podwójną kwartę do Rawy. Ten dokument znaleziono dopiero jesienią 2026 roku, dzięki przeszukaniu sumariusza księgi; skany sprowadzono z Warszawy i odczytano bez wątpliwości. Trzy rzeczy są w nim nowe. Po pierwsze, Jakub nosi pełny tytuł szlachecki — „Nobilis”. Seretków z lat 1591 i 1613 kancelaria nazywała tylko „wiernymi” albo „bojarami”. W jednym pokoleniu rodzina kozaków zamkowych stała się w oczach kancelarii szlachtą. Po drugie, Jakub działa poza Serbinowcami, w sąsiednim powiecie — to pierwszy ślad rozchodzenia się rodu z gniazda. Po trzecie: imię. Bo cały wywód szlachectwa, który Serbinowscy będą prowadzić w XIX wieku przez pięćdziesiąt lat, zaczyna się od Jakuba Serbinowskiego, męża Stefanii, czy też Magdaleny, z Klityńskich. Jego syn Jan ożenił się z Zuzanną ze Słotwińskich. Jego wnuk Jakub procesował się o Serbinowce w 1738 roku. Jakub z Łysohorców, urodzony gdzieś około 1600 roku, pasuje na tę pozycję chronologicznie. Pasuje bez naciągania. Ale — i to trzeba powiedzieć wyraźnie — dokument nie mówi, czyim był synem, a imię Jakub w tej rodzinie powtarza się. To hipoteza. Pierwszy punkt oparcia w osiemdziesięcioletniej luce między nadaniami z lat 1613–1620 a aktami z 1738 roku. Jest jeszcze jeden drobny ślad do sprawdzenia: indeks księgi grodzkiej winnickiej z 1645 roku notuje sprawę „Pana Grzegorza Serbinowskiego, urzędnika sabarowskiego”. Samego aktu nie znaleziono. Grzegorz to Hryń — imię, które znamy. I tak kończy się staropolska część tej historii. Trzy pokolenia: Radul Serbin, kozak zamkowy, i jego bracia; Miłasz, wódz polny, z synami; Jakub, już „Nobilis”. Siedemdziesiąt lat, trzy księgi Metryki Koronnej, jedna wieś. Co działo się przez następne sto lat — wiemy głównie z tego, co sami Serbinowscy odpisali i złożyli w XIX wieku jako dowody. O tym w następnym odcinku.